Deszczowy sobotni poranek. Trzeba wstać, dojechać do miasta na poranne wykłady. Po drodze wypić kawę, bo oczy się same zamykają, potem wygłosić wykład walcząc z zasypiającymi słuchaczami i pluskiem deszczu za oknem. 

Już po wykładzie, przestało padać, więc jedziemy do lasu.
Tak, to ten moment. Magiczny moment, w którym szaro-oliwkowy liściasty las budzi się do kolejnego roku życia. I zakwita łanem zawilców.

Jak co roku zadziwia mnie ich piękno, delikatność, nietrwałość i bezkres łanów białych kwiatków.
Nie mam zawilców w ogrodzie, próbowałam, nie urosły. Mam więc powód by czekać na ten wspaniały moment i jechać do lasu.

To nic, że sobota deszczowa i niedziela deszczowa jeszcze bardziej.
Widać, jak z dnia na dzien zazielenił sie trawnik, wystrzeliły pączki.
Wiosna, bez wątpienia...